Agata Ziemińska i Mateusz Grudziński-Plata - VI miejsce

 

Pierwsze spotkanie – Jej historia
Tego dnia, wraz z kilkoma mniej i bardziej znanymi mi rówieśniczkami, świętowałam urodziny swojej najbliższej koleżanki. Po pewnym czasie, jedna z dziewcząt – Gabrysia, którą poznałam wcześniej przy innej okazji, poinformowała nas, że dołączy do nas dwóch jej kolegów. Jeden z nich miał pożyczyć jej śpiwór na wyjazd, drugi za niecałe 3 miesiące zostanie moim mężem.

Pierwsze spotkanie – Jego historia
Tego dnia potwornie lało. Była jesień. Mój współlokator odebrał telefon od naszej wspólnej koleżanki, Gabrysi. „Nie, nie, daj spokój… Strasznie pada… Może jutro Ci podrzucę… Dobrze, daję Ci Mateusza”. Kiedy przyłożyłem słuchawkę do ucha Gabrysia powiedziała tylko „Siedzę w pubie z dziewczyną, w której się zakochasz. Bierz Tomka pod pachę i przychodźcie”. Tak też zrobiliśmy, a dziś dziewczyna, w której miałem się zakochać siedzi na kanapie obok mnie, buszując w Internecie w poszukiwaniu idealnej sukni ślubnej.

KRÓTKA HISTORIA ZNAJOMOŚCI
Poznaliśmy się 16 października 2012 roku. Tego samego dnia ze względu na ogromne opady deszczu, zalewające murawę Stadionu Narodowego, odwołano mecz Polska - Anglia. Sam Stadion obwołano zaś prześmiewczo Basenem Narodowym. Tym zdarzeniem żyła tamtego dnia cała Warszawa. Poza nami.

Po pierwszym spotkaniu przyszła kolej na drugie, trzecie i czwarte. Zauroczenie szybko zamieniło się w zakochanie. Przeszklone oczy, mięknące kolana, motyle w brzuchu. Dnie spędzaliśmy na wykładach, wieczory na wspólnych spacerach, kolacjach, koncertach. Byliśmy najszczęśliwsi na świecie.
Kończyliśmy studia, pracowaliśmy i wspólnie mierzyliśmy się z codziennymi problemami. Zimą jeździliśmy na snowboardzie i zajadaliśmy się oscypkami, latem wędrowaliśmy razem po polskich plażach, zatrzymując się przy każdej atrakcji „dla dzieci”. Na całym wybrzeżu nie ma stołu do cymbergaja, na którym nie zagralibyśmy chociaż jednej rundy, ani budki z goframi, w której nie zjedlibyśmy gofra. Największą radość sprawiało nam jednak losowanie upominków w automatach umiejscowionych przy większości nadmorskich promenad. Mateusz śmiał się, że jeśli wylosuje pierścionek, to mi się oświadczy. Zawsze jednak trafiały nam się kauczukowe piłeczki, plastikowe naszyjniki i inne zabawki, które oddawaliśmy dzieciakom, napotkanym po drodze.
Pewnego dnia, pod koniec listopada 2015 roku, Mateusz zaprosił mnie na weekend nad morze. Nigdy nie widziałam morza zimą, a on twierdził, że wtedy jest właśnie najpiękniejsze. Wyruszyliśmy w piątek, zaraz po pracy, a na miejsce, czyli do urokliwego pensjonatu, zlokalizowanego tuż przy plaży, dotarliśmy w środku nocy. Na następny dzień zaplanowany był spacer po oddalonej o godzinę drogi miejscowości, w której spędzałam każde wakacje będąc dzieckiem. To był wspaniały dzień. Choć było dość chłodno, a wiatr usiłował strącić nam czapki z głów, niestrudzeni przeszliśmy niewielką mieścinę wzdłuż i wszerz, abym mogła odnotować każdą zmianę, jaka zaszła w niej przez minione 15 lat. Gdy zaczęło się ściemniać, Mateusz zaproponował, żebyśmy zjedli kolację w barze, który – moim zdaniem – niezmiennie od kilku lat serwował najlepszy nad całym Bałtykiem rosół z węgorza. Bar znajdował się przy nadmorskiej promenadzie, było tam mnóstwo kramików z pamiątkami  i nasze ulubione automaty z plastikową biżuterią i piłeczkami z kauczuku. Po kolacji udaliśmy się na wspólne losowanie - ja miałam wylosować zabawkę dla Mateusza, a on dla mnie. Z plastikowej kuli, którą wylosowałam Mateusz wyciągnął żelowego potwora i z uśmiechem podał mi kulę, którą wylosował dla mnie. Kiedy przestałam mocować się z plastikiem i spojrzałam na Mateusza, on klęczał na brukowej kostce, którą wyłożona była promenada. Zajrzałam do środka kuli, znajdował się tam złoty pierścionek z diamentem, którego z całą pewnością nie można było wylosować w żadnym z nadmorskim automatów. “Zostaniesz moją żoną?”, zapytał, a ja płacząc ze wzruszenia pomogłam mu podnieść się z kolan i odpowiedziałam “Tak, Kochanie”. I tak oto z najszczęśliwszej dziewczyny na świecie, awansowałam na najszczęśliwszą narzeczoną.
Od tamtej pory minęły 2 lata, a my w końcu bierzemy ślub. Dokładnie w 26. rocznicę moich narodzin. Na urodziny dostanę najpiękniejszy prezent – cudownego męża i będziemy żyli długo i szczęśliwie.

KONIEC

 

 

Powrót